Moja droga do klasztoru w górach Wudang: cisza, mgła i zapach kadzideł

0
104
2.3/5 - (3 votes)

Z tego artykuły dowiesz się:

Ziarno decyzji: skąd pomysł na klasztor w górach Wudang

Chwila, w której zwykłe zwiedzanie Chin przestało wystarczać

Po kilku tygodniach intensywnego zwiedzania Chin obrazy zaczęły się zlewać. Kolejna świątynia, następny pałac, jeszcze jeden tłoczny deptak z neonami i zapachem smażonego tofu. Im więcej atrakcji odhaczałem, tym wyraźniej czułem, że w tej podróży brakuje przestrzeni między miejscami – chwil, w których można po prostu usiąść, zamknąć oczy i dać głowie nadgonić to, co widzą oczy.

Przez pierwsze dni zachłannie chłonąłem wszystko: Szanghaj, Pekin, stare hutongi, wielkie place, głośne dworce. W pewnym momencie zdałem sobie jednak sprawę, że wracam do hostelu bardziej zmęczony niż po długim dniu w pracy. Nie chodziło o to, że Chiny okazały się zbyt intensywne – raczej o to, że sposób podróżowania był zbyt „szybki”, zbudowany na bodźcach, a nie na doświadczeniu.

Wieczorem, w małym hostelu gdzieś między Guilin a Xi’an, złapałem się na tym, że zamiast planować kolejne „must see”, szukam w mapach i wyszukiwarce danych o słowie „cisza”. Tak trafiłem na wzmianki o górach Wudang – raz w blogu podróżniczym, raz w artykule o taoizmie, raz w recenzji filmu kung-fu. Nazwa zaczęła wracać jak echo.

Legenda Wudang: od kina i książek do realnego punktu na mapie

Pierwsze obrazy, które przychodziły mi do głowy przy haśle „góry Wudang”, nie miały nic wspólnego z atlasem. To były ujęcia z filmów: sylwetki mnichów ćwiczących na skalnych półkach, dachy świątyń wyłaniające się z mlecznej mgły, wojownicy w ciemnofioletowych szatach balansujący na wąskich murkach. Kino kung-fu wykonało tu marketingową robotę, której nie da się przecenić.

W pamięci miałem też krótką scenę z książki o taoizmie, w której autor opisuje Wudang jako „miejsce, gdzie mgła bardziej należy do krajobrazu niż skały”. Tamten obraz wrócił zaskakująco wyraźnie. Połączenie z filmową mitologią – szkoły wewnętrznych sztuk walki, medytujący mistrzowie, nieśmiertelni – tworzyło mieszankę, która kusiła czymś więcej niż kolejną „atrakcją turystyczną”.

Gdy wpisałem „Wudangshan” w mapy, mit nagle przyczepił się do rzeczywistej topografii. Okazało się, że te „mityczne góry” mają stację kolejową, numer trasy szybkiego pociągu, własne miasteczko u podnóża. Po kilku minutach klikania Wudang przestało być filmową scenografią i stało się jednym z wielu możliwych, bardzo konkretnych przystanków w podróży po Chinach.

Dlaczego nie Tybet, Shaolin czy popularne świątynie?

Naturalnym odruchem było porównanie opcji: jeśli szuka się w Chinach „duchowego doświadczenia”, to pierwsze na liście zwykle pojawiają się Tybet, klasztor Shaolin albo buddyjskie świątynie wokół Pekinu. Każde z tych miejsc ma silną markę i mnóstwo materiałów w sieci. A jednak nic nie zagrało tak mocno jak sama nazwa „Wudang”.

Tybet odpadł dość szybko – z przyczyn zarówno praktycznych, jak i etycznych. Wyjazd tam oznacza dodatkowe pozwolenia, obowiązkowy zorganizowany wyjazd, ograniczenia w poruszaniu się. Do tego dochodzi polityczny i społeczny kontekst, którego nie da się zignorować. Szukałem przestrzeni do osobistej ciszy, a nie wejścia w trudny spór o wolność.

Shaolin wydawał się z kolei zbyt obciążony widowiskiem. Pokazy, szkoły kung-fu wystawiające uczniów jak wizytówkę, autokary z wycieczkami. Oczywiście, duch zen-buddyzmu jest tam obecny, ale widoczny głównie przez filtr „show”. Wudang zapowiadał coś innego: taoistyczną miękkość, mniej formalnych rytuałów, więcej przestrzeni na własny rytm.

Świątynie wokół Pekinu miały jedną wadę: były zbyt blisko wszystkiego, co już znałem. Łatwy dojazd, jednodniowe wycieczki, dużo zagranicznych turystów. Potrzebowałem wrażenia, że muszę „tam dojechać” – przejść przez wysiłek drogi, żeby to doświadczenie miało szansę się we mnie zakotwiczyć. Wudangshan wymagał wysiłku: kilku przesiadek, cierpliwości, pogodzenia się z prowincjonalną logistyką.

Ucieczka od nadmiaru bodźców i chęć „zwolnienia”

Decyzja, by pojechać do klasztoru w górach Wudang, nie wynikała z nagłego olśnienia ani spektakularnego kryzysu. Bardziej z kumulacji drobiazgów: hałaśliwe hostele, niekończące się powiadomienia w telefonie, wrażenie, że nawet w podróży nie pozwalam sobie na prawdziwe bycie offline. Ta wyprawa miała być małym eksperymentem – sprawdzeniem, jak zareaguję na kilka dni w miejscu, w którym główną „atrakcją” jest cisza.

Chciałem też zobaczyć, jak zmieni się moja podróż, jeśli przestawię ją z trybu „zobacz jak najwięcej” na tryb „doświadcz jak najgłębiej jednego miejsca”. Góry Wudang wydawały się do tego idealne: ograniczony obszar, kilka klasztorów, ścieżki między nimi, zmieniająca się pogoda. Zamiast biec z aparatem, po prostu iść, zatrzymywać się, słuchać.

Jest jeszcze jedna, bardziej osobista motywacja: ciekawość siebie. Łatwo mówić o medytacji i spokoju w wygodnym fotelu, trudniej skonfrontować się z własną głową w miejscu, gdzie nic nie rozprasza – poza śpiewem ptaków i tykaniem zegara biologicznego. Klasztor w górach miał być lustrem, w którym zobaczę nieco wyraźniej własne schematy.

Pierwsze obawy: język, religia i strach przed „udawaną duchowością”

Im bardziej realny stawał się pomysł wyjazdu do Wudang, tym więcej pojawiało się pytań. Pierwsze dotyczyły języka: jak dogadam się z mnichami, jeśli większość z nich nie mówi po angielsku, a mój chiński ogranicza się do kilku uprzejmych zwrotów? Czy będę intruzem, czy raczej mile widzianym gościem?

Kolejna wątpliwość dotyczyła religijnego charakteru miejsca. Taoizm znamy na Zachodzie często w spłaszczonej, „filozoficznej” wersji – jako zbiór cytatów z Laozi, inspiracji do jogi czy coachingu. Tymczasem w górach Wudang taoizm jest żywą religią: z rytuałami, ofiarami, śpiewem sutr. Pojawiło się pytanie, czy jako osoba z zewnątrz potrafię wejść w to z szacunkiem, bez udawania kogoś, kim nie jestem.

Wreszcie obawa najbardziej prozaiczna: czy Wudangshan nie okaże się kolejną „maszynką turystyczną” udającą duchowość? Kompleks biletowy, sklepiki z kadzidłami, pokazowy klasztor, gdzie mnisi bardziej pozują do zdjęć niż praktykują. W internecie można znaleźć zarówno zachwycone relacje o „mistycznej mgle o świcie”, jak i krytyczne komentarze o komercjalizacji. Rzeczywistość, jak zwykle, okazała się gdzieś pomiędzy.

Skalne iglice Meteory spowite mgłą o świcie
Źródło: Pexels | Autor: Andreas Ebner

Czym są góry Wudang: między mitem kina kung-fu a realną geografią

Wudang na mapie Chin: prowincja, miasta, odległości

Góry Wudang leżą w prowincji Hubei, mniej więcej w środkowej części Chin. Najbliższe duże miasto to Shiyan – ważny węzeł komunikacyjny i przemysłowy, który dla większości podróżnych jest tylko przystankiem w drodze na górę. U podnóża masywu znajduje się miasteczko Wudangshan Town, a nieco dalej stacja kolejowa Wudangshan, obsługująca szybkie pociągi.

Na mapie Wudang nie wygląda imponująco. To nie są Himalaje ani nawet Yunnan z jego dramatycznymi przepaściami. To raczej rozległy masyw, pasmo łagodnych, ale stromych szczytów, pocięte dolinami, z najwyższymi punktami sięgającymi lekko ponad 1600 m n.p.m. Wystarczająco wysoko, by złapać mgłę i chłód, ale nie na tyle, by potrzebować specjalistycznego sprzętu.

Geografia ma tutaj znaczenie praktyczne: trasy piesze są do ogarnięcia dla przeciętnej osoby o normalnej kondycji, o ile nie próbuje zrobić wszystkiego w jeden dzień. Długości przejść między klasztorami liczy się w godzinach, nie dniach. Główny szczyt – Złoty Szczyt (Jinding) – można zdobyć pieszo lub wspomóc się kolejką linową i lokalnymi busami, co tworzy ciekawe połączenie sacrum z bardzo współczesnym profanum.

Święte góry taoizmu: historia i znaczenie Wudang

W chińskiej tradycji religijnej i filozoficznej góry Wudang zajmują miejsce szczególne. To jedno z najważniejszych centrów taoizmu – obok np. gór Hua i Longhu. Według legend to tutaj miał medytować i praktykować słynny Zhang Sanfeng, mityczny twórca taijiquan (tai chi). Wudang kojarzone jest z tzw. „wewnętrznymi sztukami walki”, w których nacisk kładzie się na pracę z energią, oddechem, równowagą, a nie tylko z siłą mięśni.

W historii Chin bywają okresy, gdy władcy szczególnie faworyzowali taoizm – fundując świątynie, nadając klasztorom specjalne przywileje. Góry Wudang korzystały z takich chwil patronatu, co widać w architekturze: rozbudowane kompleksy, malowane belki, misternie zdobione dachy. Równocześnie wiele pustelni to skromne, kamienne zabudowania przyklejone do skały, odzwierciedlające bardziej „surową” twarz tej tradycji.

Dla pielgrzymów z głębi Chin Wudangshan nie jest egzotycznym miejscem z filmów, lecz realną przestrzenią religijną.